JoannaJoanna, English teacher

My life was very much like Snakes & Ladders racing board game: you keep moving up the ladder as long as you don’t land on a snake – then you have to move down. I felt as if every time I did something good I earned points and got closer to God, but if I did anything wrong, I moved back – and so on and on, without any actual progress... (available in Polish only)

 

 


 

 

 

Moje nawrócenie nie było spektakularne. Gdyby przełożyć je na język filmu, nie byłoby to kino akcji, nic by się tam dramatycznego nie działo. Od dzieciństwa było dla mnie oczywiste, że Bóg istnieje, zawsze w to wierzyłam, zawsze chciałam, by moje życie Mu się podobało. Po części zawdzięczam to mojej mamie, która była taką twardą kobietą ze Wschodu i zawsze powtarzała, że człowiek musi mieć wiarę w Boga po to, by mieć jakiś kręgosłup w życiu, nie być chorągiewką na wietrze; dbała o to, byśmy chodzili do kościoła; co wieczór klękałyśmy przy łóżku i zmawiałyśmy razem pacierz. Mój dziadek też był surowy i bogobojny, często modlił się. Wierzę, że Bóg wysłuchuje modlitwy dziadków, rodziców, że to wszystko później spływa na nas.

 

Chciałam być gorąca dla Boga, miałam świadomość istnienia Boga, nawet nie przeżyłam buntu, gdy byłam nastolatką. Będąc w szkole średniej rozważałam poważnie pójście do takiego zakonu, w którym siostry chodziły bez habitu i pełniły misję wśród ludzi. Bardzo mi się to podobało. Niestety rodzice odkryli moją korespondencję i była wielka awantura, bo moja mama, choć bardzo wierząca, uważała, że nie święci garnki lepią i co za dużo to niezdrowo. W każdym razie chciałam być lekarką albo misjonarką.

 

Uważałam się za wierzącą, wykonywałam to, co do mnie należało: chodziłam do kościoła regularnie. Mimo to miałam wrażenie, że Bóg jest gdzieś daleko, gdzieś w kosmosie, a moja egzystencja jest dla Niego obojętna, nie odzywa się do mnie, nic Go nie obchodzę, między nami jest szklana ściana. Jakoś nie czułam tego Boga, a bardzo mi na tym zależało. Ponieważ byłam bardzo głodna, zaczęłam szukać miejsc, gdzie – jak mi się wydawało – znajdę Boga. Interesowałam się różnymi filozofiami, zaczęłam uprawiać jogę. Znałam księdza, który interesował się psychotroniką i miał różne przedziwne umiejętności. Spowiedź u niego była dramatycznym przeżyciem, bo patrzył w oczy i mówił „a jeszcze ten grzech i ten, i ten”. Bóg był dla mnie nadal odległy i zaczęło we mnie narastać poczucie rozczarowania i frustracji, że poznanie Boga jest zarezerwowane dla wąskiego grona szczęśliwców. Przeżyłam nawet epizod z Oazą i pielgrzymką do Częstochowy, gdzie również doznałam rozczarowania, zwłaszcza pod koniec, gdy pomyślałam „czy to wszystko???”. Moje życie było grą w drabinę i węże: idzie się po drabinie w górę, a gdy natrafi się na węża – spada się w dół. Miałam wrażenie, że jak zrobię jakiś dobry uczynek, to moja punktacja idzie do góry i zbliżam się do Boga, jak zrobiłam coś nie tak, to znowu w dół – i tak w kółko bez faktycznego postępu.

 

Po maturze wyprowadziłam się z domu, zamieszkałam z babcią, wtedy zaczęłam się bardzo intensywnie modlić i wołać do Boga „Panie, jeśli naprawdę jesteś, to objaw mi się, pokaż się, odezwij się do mnie, pozwól się dotknąć”. Wkrótce potem na Uniwersytecie podczas zajęć z literatury przez uchylone okno zaczęły dochodzić jakieś śpiewy. Profesor stwierdził, że znowu jacyś żałośni chrześcijanie śpiewają, a mnie to zaintrygowało i po zajęciach podeszłam do nich. Okazało się, że była to grupka Polaków i Amerykanów z ChSA – Chrześcijańskiego Stowarzyszenia Akademickiego. Mówili o Bogu w sposób naturalny jak o bliskiej Osobie. Zupełnie inaczej niż ci wszyscy, których spotykałam do tej pory. Oczywiście uważałam się wtedy za wierzącą i chciałam im pomóc np. roznosić Biblię. Wkrótce jedna z tych osób skontaktowała się ze mną z prośbą o spotkanie. Od razu poczułam, że to odpowiedź Boga na moje modlitwy i On coś dla mnie ma. Spodziewałam się długiego wykładu, tymczasem ta osoba opowiadała mi o sobie i swoim spotkaniu z Bogiem. To było to, czego potrzebowałam, siedziałam zasłuchana. Dzięki niej wreszcie uświadomiłam sobie, że wiara nie polega na spełnianiu określonych uczynków, lecz chodzi o głęboką relację z żywym Bogiem. Kiedy pod koniec padło wezwanie, czy chcę poświęcić moje życie Jezusowi, odpowiedź przyszła natychmiast: „Tak, oczywiście chcę!”.

 

Zaczęłam chodzić na spotkania. To było dziwne, bo raczej jestem ostrożna i muszę wszystko przeanalizować, przemyśleć, zanim podejmę decyzję. A tymczasem nawet nie zapytałam się skąd są, z jakiego kościoła, co jest u mnie dość nietypowe. Wystarczyło mi, że te osoby żyją blisko Boga.

 

Początkowo moi rodzice przyjęli moje deklaracje z pobłażliwym uśmiechem „to wspaniale, cieszymy się, że Bóg stał się tobie taki bliski!”. Myśleli, że jest to kolejny etap ewolucji ich córki. Ja nadal chodziłam na msze do kościoła katolickiego i jednocześnie na różne spotkania; byłam jedną nogą tam, drugą tu. Trwało to dłuższy czas. W pewnym momencie pojechałam na spływ kajakowy z tymi ludźmi. Tam uderzyło mnie to, czego nie doznałam wśród moich starych znajomych, którzy mówili święte słowa, ale brakowało im świętych czynów: mówili jedno, robili drugie. A tu spotkałam ludzi, którzy żyli tym, co głosili. Jeździłam z nimi w góry i w sytuacjach skrajnego zmęczenia mogłam obserwować ich reakcje. Gdy jest się zmęczonym, wychodzi prawdziwa natura człowieka. A ci ludzie byli bardzo mili, opiekuńczy, modlili się, czytali Biblię; oni naprawdę żyli tym, co głosili – ich życie było kazaniem. Moje życie duchowe doznało przyśpieszenia i przeżyłam wiele zaskoczeń. Na jednym z takich wyjazdów zostałam ochrzczona Duchem Świętym - myślałam, że uległam zbiorowej psychozie i uciekłam z tego spotkania ze wstydu, że tak łatwo się poddałam jakimś manipulacjom. Wiele osób przekonywało mnie do przyjęcia chrztu, ale ja nie miałam przekonania. Któregoś dnia na grupę domową, która odbywała się u mnie w domu, przyszedł tylko pastor. Nikt inny się nie pojawił, więc mogłam porozmawiać o chrzcie, przekonałam się do tego. I nagle jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zaczęły się pojawiać różne problemy w moim życiu. Moi rodzice, dotychczas bardzo pobłażliwi, byli już mocno zaniepokojeni moim zaangażowaniem i kierunkiem w jakim zmierzam. Uważali, że trafiłam do jakiejś sekty, a mama powiedziała, że jeśli zdecyduję się na chrzest, to koniec – nasze relacje się zakończą i nie będę jej córką. Nie podobał jej się fakt, że spotykam się z wierzącym chłopakiem, próbowała nawet podsyłać mi różnych „dobrych katolików”. Na szczęście Bóg tak mądrze zadziałał, że wysłał moich rodziców na placówkę za granicę, bo nie wiem jak by się to wszystko potoczyło. Osoby dotąd życzliwe zaczęły się ode mnie odwracać i traktować jak „młodzieżowy moher”, najbliższa przyjaciółka po zaproszeniu do Zboru zerwała ze mną kontakt, a potem stała się liderką sekty New Age w Polsce. Zaczęłam mieć też problemy zdrowotne, między innymi dowiedziałam się, że być może nie będę mogła mieć dzieci, ale Pan Bóg zdecydował inaczej.

 

Pomimo tego, że spadły na mnie liczne doświadczenia, miałam w tym wszystkim niesamowity spokój. Na przykład mój syn trafił na krótką obserwację do szpitala i lekarze orzekli u niego porażenie mózgowe. W tym czasie wiele osób modliło się o nas. Wraz z mężem byliśmy świadomi powagi sytuacji, ale mieliśmy w tym ogromny i nienaturalny pokój. Czuliśmy się niesieni przez modlitwy ponad tę sytuację. Przyszedł czas na kolejne badania i po nich lekarka stwierdziła, że musiała zajść ogromna pomyłka, bo dziecko jest zupełnie zdrowe i ona nie rozumie, jak można było wydać wcześniej taką diagnozę. Myślę, że Bóg po prostu wysłuchuje modlitwy, więc warto i trzeba się modlić. W tych wszystkich utrapieniach wiedziałam, że Bóg mnie nie opuści, dlatego mogłam je przechodzić inaczej niż wcześniej.

 

Patrząc wstecz z perspektywy czasu, widzę tych wszystkich ludzi, którzy mi zwiastowali Ewangelię, modlili się o mnie i ze mną, byli przy mnie; ci ewangeliści – jak ich nazywała moja mama, która ich bardzo nie lubiła; podsuwali mi książki, dbali o mnie – teraz znajdują się w różnych zakątkach świata, odpłynęli, są w różnych zakątkach świata, role się odmieniły i teraz ja muszę się o nich modlić. Teraz są takie czasy, gdy trudno jest ciągle biec i nie odpaść od Boga, stoczyć bój i dobiec do końca. Ostatnio przeżywam znaczenie takich prostych prawd, że łatwo jest wykrzykiwać imię Boże w chwilach uniesienia, ale dużo trudniej jest trwać przy Nim w codziennych trudnościach dzień po dniu. Jakie ważne jest po prostu czytanie Biblii i modlitwa o siebie nawzajem.

 

Kiedy przeżywałam swój chrzest, towarzyszyły mi słowa, które ponownie są dla mnie ważne. To fragment z Listu do Efezjan 6:13 – o chrześcijańskiej zbroi. Musimy być bardzo czujni i bojować o siebie nawzajem i o swoją zbroję: „Dlatego weźcie całą zbroję Bożą, abyście mogli stawić opór w dniu złym i, dokonawszy wszystkiego, ostać się. Stójcie tedy, opasawszy biodra swoje prawdą, przywdziawszy pancerz sprawiedliwości i obuwszy nogi, by być gotowymi do zwiastowania ewangelii pokoju, a przede wszystkim weźcie tarczę wiary, którą będziecie mogli zgasić wszystkie ogniste pociski złego; weźcie też przyłbicę zbawienia i miecz Ducha, którym jest Słowo Boże. W każdej modlitwie i prośbie zanoście o każdym czasie modły w Duchu i tak czuwajcie z całą wytrwałością i błaganiem za wszystkich świętych”.

 

Weekly Schedule

WORSHIP SERVICES

Sundays, 10 am

 

PRAYER

Sundays, 9:30 am

 

KIDS' CHURCH

Sundays, 10 am - 12 pm

 

UPPER ROOM PRAYER

Mondays, 8 - 9 pm

 

SMALL GROUPS

Wednesdays - Thursdays, Saturdays

 

RE:FORMAT

Youth Meetings

Saturdays, 5 pm

Who is online?

We have 1 guest online