|
Ewa, programme specialist
The true god of my life was judo, which I started training at the age of 9. After three months of practicing I started winning my first medals. My entire life remained subordinated to that one thing - nothing else counted... (available in Polish only)
Urodziłam się w typowej, polskiej rodzinie, praktykującej swoją wiarę jedynie w święta, śluby i pogrzeby. O Bogu słyszałam na lekcjach religii, które trzeba było odbębnić, bo coś tam od tego zależało i tak po prostu trzeba było. Prawdziwym bogiem mojego życia było dżudo, które zaczęłam ćwiczyć już w 3 klasie szkoły podstawowej i w którym zaczęłam odnosić pierwsze sukcesy medalowe już po trzech miesiącach trenowania. Wszystko było podporządkowane jedynie temu. Nic innego nie miało dla mnie znaczenia. Uczyłam się dobrze, bo od tego zależało moje być albo nie być na macie. W wieku 12 lat miałam zaplanowane całe życie – wiedziałam, że pójdę do liceum sportowego, potem na AWF, a po studiach będę pracować jako trener. Wiedziałam nawet jak zostanę pochowana – w kimonie, z medalami na szyi i dyplomami pod pachą, jakże by inaczej?
Marzenia legły w gruzach, kiedy miałam 13 może 14 lat. Na zawodach w finałowej walce rzuciłam na matę dziewczynę, uszkadzając kręgosłup i jej, i sobie. Mimo ogromnego bólu nie poszłam do lekarza, nie powiedziałam słowa rodzicom, wierzyłam, że to przejściowa kontuzja, po paru dniach wróciłam na matę, bo nie potrafiłam bez tego normalnie funkcjonować. Chcieć to móc, więc ćwiczyłam dalej pomimo potwornego i paraliżującego bólu do czasu, kiedy nie wprowadzono obowiązkowych prześwietleń kręgosłupa dla dżudoków, a te wykazały, że mój kręgosłup uległ rozszczepowi i o trenowaniu czegokolwiek nie może być mowy. Byłam w 7 klasie i czułam, że moje życie właśnie straciło jakikolwiek sens. Nie leczyłam się do czasu, kiedy w 8 klasie z półobrotu rzuciłam na przerwie w kolegę kredą i definitywnie trzasnęło mi w krzyżu. Ze szkoły zabrała mnie karetka z „ciągnącą się za mną nogą”, której nie mogłam zmusić do ruchu. Ostatnie pół roku szkoły podstawowej spędziłam w sanatorium na rehabilitacji, z dala od miejsca zamieszkania i rodziców, którzy mogli odwiedzać mnie tylko w weekendy. Tam zaczęłam palić papierosy. Od tego momentu też zaczęła się moja wieloletnia „przygoda” ze szpitalem. W drugiej klasie liceum przeszłam swoją pierwszą operację kręgosłupa. Miałam leżeć po niej płasko przez 2 miesiące ale po 2 tygodniach leżenia roześmiałam z dowcipu opowiedzianego przez koleżankę z sali, na skutek napięcia mięśni wyskoczył mi dysk i mnie sparaliżowało. A raczej paraliżowało przez całą noc, milimetr po milimetrze traciłam czucie w nodze. Było to bolesne, jakby każdą końcówkę zakończenia nerwowego coś szczypało z całej siły. Podobno w nocy z bólu wzywałam Boga, w którego nie wierzyłam. Rano nie miałam już żadnego czucia w lewej nodze i to samo zaczęło się dziać w mniejszym zakresie z prawą nogą. Szybko zaplanowano kolejną operację, żeby powstrzymać ten proces i zobaczyć co się właściwie stało. Kiedy po operacji przyszedł lekarz sprawdzać czucie w nogach – poczułam dotyk, jakby przez wiele warstw, z oddali, ale poczułam. Płakałam ze szczęścia. Poprosiłam kogoś z sali o długopis i kartkę, na której w powietrzu, na leżąco napisałam do kobiety z sali, na której leżałam przed operacją, słowa mniej więcej brzmiące: dziękuję Bogu za lekarzy przez których ręce mnie uzdrowił. Było to trochę dziwne wyznanie, bo raz, że nie wierzyłam w Boga, dwa - nigdy nie słyszałam, że uzdrawia, a trzy – że robi to też przez ręce ludzi. Wtedy to pojawiło się we mnie po raz pierwszy pragnienie szukania Boga. W szpitalu ze dwa razy wywieźli mnie na łóżku na korytarz, gdzie ksiądz odprawiał msze, ale nic się nie stało. Po 2 miesiącach leżenia odliczanych od początku, postawiono mnie na nogi. Pół roku w szpitalu zaowocowało powtarzaniem drugiej klasy w liceum. Po szpitalu ponowiłam próbę szukania Boga, lecz pragnienie to umarło we mnie tak szybko jak powstało. Jakiś czas po wyjściu ze szpitala pojechałam do Otwocka odwiedzić kobietę, do której pisałam ów list po operacji. Kiedy pokazała mi te wielkie kulfony na kartce, czytałam ze zdumieniem, że mogłam coś tak dziwnego napisać i wytłumaczyłam to sobie działaniem morfiny, którą mi podawali po operacji.
Przez cały ten czas żyłam nadzieją, że jak mnie poskręcają, wrócę na matę. Tymczasem po szpitalu komisja lekarska orzekła mi stopień niepełnosprawności. Nadzieja umarła. Znowu ogarnęło mnie poczucie niesprawiedliwości (dlaczego ja?), bezsens i pragnienie śmierci. Nie miałam odwagi odebrać sobie życia ze względu na rodzinę, ale niszczyłam je po kryjomu na różne sposoby – paliłam, przypalałam sobie papierosami ciało, nacinałam skórę żyletką w niewidocznych miejscach. Chodziłam w tym celu na pobliski stadion. Spotykałam tam swoją koleżankę z podwórka, która chodziła tam modlić się i czytać Biblię. Zaczęła mnie zaczepiać, mówić o Bogu, Jezusie który mnie kocha i chce dla mnie dobrze. Pomyślałam sobie: ta to ma tupet, ja o kulach, a ta mi wciska, że Jezus niby taki dobry. Ale słuchałam licząc, że da sobie w końcu spokój. Nie dała, pomimo, że nie zawsze byłam dla niej miła. Zaczepiała mnie ilekroć w tym samym czasie tam przebywałyśmy. Aż dla świętego spokoju, po dość długim czasie dałam się jej zaprosić na nabożeństwo do zboru zielonoświątkowego.
W zborze przeżyłam szok. Pomyślałam, że to zgromadzenie wariatów – jeden dziękował za nowy dzień (za co tu dziękować?!), drugi za pogodę, wszyscy się radowali i rozmawiali z Bogiem swoimi słowami, jakby stał obok. Z drugiej strony pomyślałam, że to chyba niemożliwe, żeby tylu stukniętych znalazło się w jednym miejscu, w końcu nie był to szpital psychiatryczny. Zdumienie mieszało się z poczuciem, że tego właśnie pragnie moje serce – szczerej rozmowy z Bogiem, który jest bliski. Pamiętam świadectwa człowieka, który przez 17 lat był narkomanem i Janka, który jako kawaler dzielił się świadectwem o tym, że postanowili ze swoją narzeczoną w chwilach nieporozumień klękać i wspólnie modlić się do Boga. To było niesamowite. Nie znałam takiego sposobu załatwiania nieporozumień. Znałam za to inne - kłótnie, wyzwiska i mordobicie. Poczułam, że też tak chcę. Dostałam od koleżanki Biblię w prezencie. Zaczęłam przychodzić do zboru i odkrywałam, że to co mówią na kazaniach jest w Biblii. Kiedy moja mama zorientowała się, że zaczęłam w miarę regularnie gdzieś chodzić, poprosiła mnie bym jej przyrzekła, że nigdy się nie ochrzczę. Prośba wydała mi się wtedy absurdalna, nie wiedziałam nic o żadnym chrzcie, nie wiedziałam, po co miałabym to robić, więc bez żadnych oporów obiecałam. Po tej obietnicy zaczęłam się rozmijać z tym, co było głoszone, gasła we mnie potrzeba bywania na nabożeństwach, odeszłam.
W 3 klasie szkoły średniej miał miejsce kolejny przełom mojego życia. Pamiętam, że nie nauczyłam się na sprawdzian z fizyki, więc postanowiłam udać bóle brzucha, zmusić się do wymiotów, żeby zaszkliły mi się oczy i tym sposobem uniknąć kolejnej pały z tego przedmiotu, którego szczerze nie lubiłam. Liczyłam, że fizyczka, która była wychowawcą, zwolni mnie do domu, w końcu jako jedyna w klasie byłam pełnoletnia. Nie zwolniła, tylko zadzwoniła po mamę, która przyjechała po mnie z pracy. Nie było odwrotu, trzeba było iść na całość. W domu poudawałam jeszcze ze dwie godziny, a wieczorem poszłam na kurs języka niemieckiego. Ze zdumieniem zauważyłam, że rzeczywiście jest mi niedobrze i boli mnie brzuch. Początkowo pomyślałam, że za bardzo wczułam się w rolę i nie potrafię z niej wyjść, ale dolegliwości narastały i trwały całą noc. Rano zgłosiłam się do szpitala, parę godzin później leżałam na stole operacyjnym z podejrzeniem zapalenia wyrostka. W głowie kołatało mi poczucie absurdu, działo się coś co nie miało się prawa dziać. Czułam się jak w Monthy Pytonie. Wyrostek usunięto, wyszłam ze szpitala i chciałam jak najszybciej zapomnieć o tym dziwnym zdarzeniu, ale po 2 tygodniach dostałam wezwanie, by stawić się tam w trybie pilnym. Okazało się, że w wyrostku miałam nowotwór złośliwy, a pobrane w czasie operacji wycinki wskazywały, że wychodzi on poza obręb wyrostka i trzeba wycinać dalej. Poczucie absurdu wróciło. I strach, że umrę. W takich chwilach, jak to zwykle bywa, zaczyna się szukać pomocy wszędzie – jak trwoga to do Boga; koleżanka zawiozła mnie do zboru na Sienną, by tam modlił się za mnie pastor. Pastor po kilku pytaniach wyjął z kieszeni małą buteleczkę z olejkiem, pomazał mi czoło i zaczął się modlić. Nie wiem o co, nie słyszałam go. Pomyślałam, że to ostatnie namaszczenie. Byłam przerażona i wściekła na koleżankę, że taką pomoc mi zaoferowała. Wyjaśnienia nie zatarły pierwszego wrażania. Niestety diagnostyka nowotworowa wymagała najpierw usunięcia metalowych prętów z kręgosłupa, więc przeszłam kolejną operację, po której okazało się, że rozszczep się pogłębił. Szpital opuszczałam o kulach zgięta w pół, ledwo powłócząc nogami. Usunięcie nowotworu zakładało wycięcie ¾ jelit, w których miał on być zlokalizowany. Rankiem w dniu operacji przyszedł lekarz i powiedział tylko, że nie będą mnie operować. Nie podał przyczyny. Wyszedł, a ja się rozpłakałam mniemając, że jest ze mną już tak źle, że nie warto w ogóle tego ruszać. Wspomnienie ostatniego namaszczenia odżyło. Jednak chciałam żyć. Potem okazało się, że wycinki posłano jeszcze raz do badań, a te wykluczyły wcześniejszą opinię – nowotwór nie wychodził poza obręb wyrostka. Nie musiałam brać żadnej chemii ani naświetlań. Teoretycznie byłam zdrowa, wraz z wycięciem wyrostka problem zniknął. Poczucie absurdu pozostało. Nie miałam jednak czasu nad tym wszystkim się zastanawiać, bo trzeba było wracać do szpitala skręcać kręgosłup. I tak straciłam kolejny rok nauki. Trafiłam do klasy z Adamem, który chodził do Zboru "Nowe Życie", który kiedyś odwiedzałam. Adam skojarzył mnie po nietypowej kurtce dżinsowej, zaczął pytać dlaczego już nie przychodzę, na nowo świadczyć o Bogu i Jego dobroci. Rozmawialiśmy praktycznie na każdej przerwie. Parę dobrych miesięcy Adam dobijał gwoździe do trumny mojej niewiary. Zaczęłam odkrywać Boże działanie w swoim życiu i patrzeć z innej perspektywy na ostatnie wydarzenia. Przyszłam do zboru na pierwsze nabożeństwo na Bartniczej i zostałam. Z Bożą pomocą rzuciłam papierosy, które paliłam przez 5 lat, zmieniłam swoje nawyki, doznałam Bożego uwolnienia od wielu spraw, poinformowałam mamę, że nie dotrzymam kiedyś jej danej obietnicy i przystąpiłam do chrztu w najbliższym terminie. Zaczęło się moje chodzenie z Bogiem.
Kiedy ponad 10 lat temu mówiłam po raz pierwszy to świadectwo w zborze, towarzyszył temu pewien werset: Tylko trwajmy w tym, co już osiągnęliśmy (Flp 3,16). Po latach tłustych, w czasie których Bóg przeprowadzał mnie przez różne doświadczenia i kolejne pobyty w szpitalach, nastąpiły lata chude. Nastąpiły, bo nie wytrwałam. Zlekceważyłam jedyne, niezawodne źródło pokoju, siły i zwycięstwa. Zamiast oddać sprawy Bogu, zaufać Mu, zaczęłam sama szukać wyjścia z trudnych sytuacji. Znowu zaczęłam palić papierosy, traktując je jako lek na stres w moim życiu. Prześladowało mnie poczucie winy, które niszczyło moją relację z Bogiem i – tu koło się zamykało - nie pozwalało na oddanie wszystkich spraw Bogu. Lecz choć odchodziłam wewnętrznie od Boga, zawsze do Niego wracałam, bo nie potrafiłam zapomnieć o tym wszystkim, co uczynił w moim życiu, jak mi pomógł, jak był przy mnie przez cały czas. Im bardziej chciałam wymazać to z pamięci, tym częściej mi się przypominało. Bóg cierpliwie czekał i pomimo mojej niewierności okazywał swoją łaskę i dobroć. Dzisiaj, po wielu wzlotach i upadkach, wiem, że – Jedynie w Bogu jest uciszenie duszy mojej, bo w nim pokładam nadzieję moją! Tylko On jest opoką moją i zbawieniem moim, twierdzą moją, przeto się nie zachwieję. W Bogu zbawienie moje i chwała moja; skała mocy mojej, ucieczka moja jest w Bogu (Ps 62,6-8). Wiem, że jedynie Jezus jest sprawcą i dokończycielem mojej wiary (Hebr 12,2) i że Bóg daje mi chcenie i wykonanie (Flp 2,13). Wiem, że muszę (i chcę) trwać w Nim, bo bez Niego nic uczynić nie mogę (Jn 15,5), On jest bowiem działem moim na wieki (Ps 73, 26). |